wtorek, 25 grudnia 2012

Drabina z kości: Dzieciak (3)

"Drabina z kości - Dzieciak"

3. Szansa



– No ale – podjął temat Joker, nagle energiczny i ożywiony. – Owszem, Lex wpada i ze mną gada i to jest właśnie problem. Nawet nie wiem, czy jest całkiem martwy, czy trochę mniej...
– Jak można być trochę mniej martwym? – zapytała Ivy, marszcząc brwi.
– Nie wiem, zapytam, jak się następnym razem objawi.
– Co on, Jezus jakiś?
– Nie wiem – wzruszył ramionami i sprawiając wrażenie, jakby absolutnie się tym nie przejmował. – Ale biorąc pod uwagę ,co sądzi na swój temat, to może i owszem.
To, że Lex Luthor miał osobowość narcystyczną i był przekonany o własnej wielkości nie stanowiło nawet tajemnicy poliszynela. To był fakt powszechnie znany i uważany za coś równie normalnego, jak to, że człowiek wstaje rano i idzie do pracy. Albo to, że Superman potrafi latać. Nikt nie dumał nad tym, to po prostu był fakt.
– No i jak się pojawia, to się buja i gada, i gada, i gada – smęcił Joker. – I nie mogę go zastrzelić, ani nawet mu przyłożyć, żeby się zamknął, bo skurwiel jest niematerialny.
– Znaczy, z duchem gadasz upewniła się Pamela.
– No.
– To się nazywa omamy, któreś kolejne tabletki ci musiały zaszkodzić – skwitowała Pamela.
– Też tak myślałem. – Klaun wzruszył ramionami. – Pierwszy raz mnie zastał, jak śliniłem się do ściany w Arkham, bo jakiś pielęgniarz złapał fazę na bycie trigger-happy ze strzykawką i wbijał mi igły, gdzie popadnie. No to sobie z nim pogadałem i wszystko pięknie, ale jak mi chemia zeszła, to skubaniutki wrócił. Znaczy Lex, nie koleś od strzykawek. Ten raczej nie wróci.
– Mogło ci się tylko wydawać, że zeszła.
– Pam, skarbeńku, akurat ja wiem, kiedy jestem wcięty, a kiedy nie.
– Ty, to  jesteś wcięty cały czas, szkoda tylko, że nie ścięty na amen przewróciła oczyma. Gdyby cholerny klaun miał odporność na chemikalia taką, jaką powinien mieć przeciętny człowiek, to nie żyłby już od bardzo, bardzo dawna.
– Och, Pam, te urocze gry słów... gadałaś ty ostatnio z Riddlerem?
– Odczep się od tego, z kim ostatnio rozmawiałam – prychnęła. – I wytłumacz mi lepiej, co ja tu właściwie robię i dlaczego Harley mówiła coś o jakimś dziecku.
– A bo mamy jedno na stanie – wzruszył ramionami.
– Ty... – zmrużyła gniewnie oczy i ruszyła do przodu, żeby chwycić drania za fraki i obić mu mordę.
– Hej, Pam, wyluzuj! – powstrzymała ją Harley. – Nie nasze! Lexa!
– ...co?
– No, też byłam na początku tego zdania – Harley wzruszyła ramionami. – Jak mi pierożek wpadł i powiedział, że mamy zrobić sobie wycieczkę do jakiegoś tam laboratorium, bo martwy Luthor chce od niego, żeby wyciągnął stamtąd tego dzieciaka. No ale poszłam, bo może wtedy pierożek dałby luz z tym zwidem i wysadzilibyśmy coś w powietrze, no ale...
Przygryzła wargę, z odrobinę bezradną miną.
– Ale okazało się, że zwid nie wkręcał i naprawdę zgarnęliśmy dzieciaka!
– Czego mi nie mówisz? zapytała podejrzliwie Ivy.
– Była całkiem ładna grupa ludzi, która stwierdziła, że jednak nie powinniśmy go sobie brać? zachichotała nerwowo Harleen.
– Czyich? – zapytała krótko.
– A skąd mam to, do cholery, wiedzieć? – prychnął Joker. – Lex kolekcjonował wrogów jak znaczki pocztowe, zaczynając od Supermana! Ale skoro to dzieciak Lexa, to pewnie i tego harcerzyka w majtasach na spodniach.
– Czy ty mi właśnie powiedziałeś, że ktoś znowu próbował zrobić Superboya?
Suberboy był jedną z nielicznych osób, w sprawie których Pamela jednak nadstawiła karku w celu zdobycia konkretniejszych danych. Z biologicznego punktu widzenia kosmici nie byli w stanie mieć dzieci z ludźmi, nawet jeżeli fenotypowo sprawiali wrażenie bardzo podobnych. Genetycznie różnili się raczej konkretnie, więc największy superbohater Ameryki skazany był na los ostatniego przedstawiciela swojej rasy. Jednak w pewnej chwili, zupełnie znikąd, pojawił się Superboy. Podobieństwo i zdolności były na tyle podobne, że chłopaczka po prostu musiały łączyć więzy krwi z Supermanem. A skoro kosmita w jakiś sposób był w stanie uzyskać potomstwo…
Okazało się jednak, że nie było to naturalne poczęcie. O ile w ogóle można było poczęciem nazwać wyhodowanie organizmu w laboratorium, miksując w skomplikowany sposób materiał genetyczny kosmity i jakiegoś człowieka.
– I nawet zrobił – klaun przewrócił oczyma. – Gówniane laboratorium, jak się porówna z tym, co było pod ręką, kiedy robili tego boczącego się gnojka, musieli też dysponować resztkami, bo nie ukręcili smarkatemu łba, jak tylko zaczął się nie zgadzać kolorystycznie z Supermanem.
– Więc... – zaczęła powoli Pamela. – Ukradliście z tajnego laboratorium, należącego do jakiejś przestępczej lub rządowej grupy klona Supermana, bo duch Lexa Luthora wam kazał?
Znalezienie sensu w tym wszystkim było raczej trudne, a klaunia para wcale nie ułatwiała sprawy.
– Jemu  kazał – poprawiła szybko Harley. – Nadal jestem obrażona, że bardziej słucha Lexa.
– Bo on się nie zamyka, do diabła!
– A co ja mam do tego wszystkiego? – zapytała z ciężkim westchnieniem Poison Ivy, wiedząc z góry, jakiej odpowiedzi mogła się spodziewać.
Właściciele klona z całą pewnością wiedzieli, kto im go zaiwanił i gdzie mógł się czaić, więc – skoro Joker tak chętnie współpracował z Luthorowym duchem, że ratował jego potomstwo z probówki – para klaunów zdecydowanie nie mogła dzieciaka zatrzymać, nie wspominając o tym, że absolutnie nie nadawała się do trzymania w jej okolicy jakichkolwiek dzieci. O ile naprawdę dzieciak znajdował się chociaż w okolicy genów Lexa. Kto do diabła chciałby klonować multimiliarderów?
– Nie możemy podrzucić młodego Mercy i Hope – wyjaśnił Joker. – A Har, się okazało, nie ma zainstalowanego oprogramowania od dzieciaków, więc, droga Pam, tym razem będziesz podlewać coś trochę bardziej skomplikowanego od kwiatków.
– Dzieci się nie podlewa, idioto – syknęła, chociaż dobrze wiedziała, że to tylko żart był. – I skąd ta pewność, że ja się w ogóle zgodzę?
– Ależ Pamelo – zaśmiał się Joker. – Przecież wszyscy wiedzą o twoim małym... problemie, jeżeli idzie o te kwestie.
– Zejdź ze mnie natychmiast, albo nie ręczę za siebie – powiedziała chłodno.
– Ja tylko prawdę mówię – wzruszył ramionami i na twarz przywołał najbardziej niewinny wyraz, na jaki było go stać. – A prawda wygląda tak, że sama z siebie się nie rozmnożysz. Nikt też nigdy nie pozwoli ci wziąć cudzego dzieciaka, nie z twoją bogatą przeszłością i cudowną reputacją. Powinnaś nam podziękować, bo to twoja jedna, jedyna szansa, skarbeńku. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz