"Drabina z kości - Dzieciak"
3. Szansa
– No ale – podjął temat Joker,
nagle energiczny i ożywiony. – Owszem, Lex wpada i ze mną gada i to jest
właśnie problem. Nawet nie wiem, czy jest całkiem martwy, czy trochę mniej...
– Jak można być trochę mniej
martwym? – zapytała Ivy, marszcząc brwi.
– Nie wiem, zapytam, jak się
następnym razem objawi.
– Co on, Jezus jakiś?
– Nie wiem – wzruszył ramionami i
sprawiając wrażenie, jakby absolutnie się tym nie przejmował. – Ale biorąc pod
uwagę ,co sądzi na swój temat, to może i owszem.
To, że Lex Luthor miał osobowość
narcystyczną i był przekonany o własnej wielkości nie stanowiło nawet tajemnicy
poliszynela. To był fakt powszechnie znany i uważany za coś równie normalnego,
jak to, że człowiek wstaje rano i idzie do pracy. Albo to, że Superman potrafi
latać. Nikt nie dumał nad tym, to po prostu był fakt.
– No i jak się pojawia, to się buja
i gada, i gada, i gada – smęcił Joker. – I nie mogę go zastrzelić, ani nawet mu
przyłożyć, żeby się zamknął, bo skurwiel jest niematerialny.
– Znaczy, z duchem gadasz – upewniła się Pamela.
– No.
– To się nazywa omamy, któreś
kolejne tabletki ci musiały zaszkodzić – skwitowała Pamela.
– Też tak myślałem. – Klaun
wzruszył ramionami. – Pierwszy raz mnie zastał, jak śliniłem się do ściany w
Arkham, bo jakiś pielęgniarz złapał fazę na bycie trigger-happy ze strzykawką i
wbijał mi igły, gdzie popadnie. No to sobie z nim pogadałem i wszystko pięknie,
ale jak mi chemia zeszła, to skubaniutki wrócił. Znaczy Lex, nie koleś od
strzykawek. Ten raczej nie wróci.
– Mogło ci się tylko wydawać, że
zeszła.
– Pam, skarbeńku, akurat ja wiem,
kiedy jestem wcięty, a kiedy nie.
– Ty, to jesteś wcięty cały czas, szkoda tylko, że nie
ścięty na amen – przewróciła oczyma. Gdyby
cholerny klaun miał odporność na chemikalia taką, jaką powinien mieć przeciętny
człowiek, to nie żyłby już od bardzo, bardzo dawna.
– Och, Pam, te urocze gry słów...
gadałaś ty ostatnio z Riddlerem?
– Odczep się od tego, z kim
ostatnio rozmawiałam – prychnęła. – I wytłumacz mi lepiej, co ja tu właściwie
robię i dlaczego Harley mówiła coś o jakimś dziecku.
– A bo mamy jedno na stanie –
wzruszył ramionami.
– Ty... – zmrużyła gniewnie oczy
i ruszyła do przodu, żeby chwycić drania za fraki i obić mu mordę.
– Hej, Pam, wyluzuj! –
powstrzymała ją Harley. – Nie nasze! Lexa!
– ...co?
– No, też byłam na początku tego
zdania – Harley wzruszyła ramionami. – Jak mi pierożek wpadł i powiedział, że
mamy zrobić sobie wycieczkę do jakiegoś tam laboratorium, bo martwy Luthor chce
od niego, żeby wyciągnął stamtąd tego dzieciaka. No ale poszłam, bo może wtedy
pierożek dałby luz z tym zwidem i wysadzilibyśmy coś w powietrze, no ale...
Przygryzła wargę, z odrobinę
bezradną miną.
– Ale okazało się, że zwid nie
wkręcał i naprawdę zgarnęliśmy dzieciaka!
– Czego mi nie mówisz? – zapytała podejrzliwie Ivy.
– Była całkiem ładna grupa ludzi,
która stwierdziła, że jednak nie powinniśmy go sobie brać? – zachichotała nerwowo Harleen.
– Czyich? – zapytała krótko.
– A skąd mam to, do cholery,
wiedzieć? – prychnął Joker. – Lex kolekcjonował wrogów jak znaczki pocztowe,
zaczynając od Supermana! Ale skoro to dzieciak Lexa, to pewnie i tego
harcerzyka w majtasach na spodniach.
– Czy ty mi właśnie powiedziałeś,
że ktoś znowu próbował zrobić Superboya?
Suberboy był jedną z nielicznych
osób, w sprawie których Pamela jednak nadstawiła karku w celu zdobycia
konkretniejszych danych. Z biologicznego punktu widzenia kosmici nie byli w
stanie mieć dzieci z ludźmi, nawet jeżeli fenotypowo sprawiali wrażenie bardzo
podobnych. Genetycznie różnili się raczej konkretnie, więc największy
superbohater Ameryki skazany był na los ostatniego przedstawiciela swojej rasy.
Jednak w pewnej chwili, zupełnie znikąd, pojawił się Superboy. Podobieństwo i
zdolności były na tyle podobne, że chłopaczka po prostu musiały łączyć więzy
krwi z Supermanem. A skoro kosmita w jakiś sposób był w stanie uzyskać
potomstwo…
Okazało się jednak, że nie było
to naturalne poczęcie. O ile w ogóle można było poczęciem nazwać wyhodowanie
organizmu w laboratorium, miksując w skomplikowany sposób materiał genetyczny
kosmity i jakiegoś człowieka.
– I nawet zrobił – klaun przewrócił
oczyma. – Gówniane laboratorium, jak się porówna z tym, co było pod ręką, kiedy
robili tego boczącego się gnojka, musieli też dysponować resztkami, bo nie
ukręcili smarkatemu łba, jak tylko zaczął się nie zgadzać kolorystycznie z
Supermanem.
– Więc... – zaczęła powoli Pamela.
– Ukradliście z tajnego laboratorium, należącego do jakiejś przestępczej lub
rządowej grupy klona Supermana, bo duch Lexa Luthora wam kazał?
Znalezienie sensu w tym wszystkim
było raczej trudne, a klaunia para wcale nie ułatwiała sprawy.
– Jemu kazał – poprawiła szybko Harley. – Nadal
jestem obrażona, że bardziej słucha Lexa.
– Bo on się nie zamyka, do
diabła!
– A co ja mam do tego
wszystkiego? – zapytała z ciężkim westchnieniem Poison Ivy, wiedząc z góry,
jakiej odpowiedzi mogła się spodziewać.
Właściciele klona z całą
pewnością wiedzieli, kto im go zaiwanił i gdzie mógł się czaić, więc – skoro
Joker tak chętnie współpracował z Luthorowym duchem, że ratował jego potomstwo
z probówki – para klaunów zdecydowanie nie mogła dzieciaka zatrzymać, nie
wspominając o tym, że absolutnie nie nadawała się do trzymania w jej okolicy
jakichkolwiek dzieci. O ile naprawdę dzieciak znajdował się chociaż w okolicy
genów Lexa. Kto do diabła chciałby klonować multimiliarderów?
– Nie możemy podrzucić młodego
Mercy i Hope – wyjaśnił Joker. – A Har, się okazało, nie ma zainstalowanego
oprogramowania od dzieciaków, więc, droga Pam, tym razem będziesz podlewać coś
trochę bardziej skomplikowanego od kwiatków.
– Dzieci się nie podlewa, idioto –
syknęła, chociaż dobrze wiedziała, że to tylko żart był. – I skąd ta pewność,
że ja się w ogóle zgodzę?
– Ależ Pamelo – zaśmiał się
Joker. – Przecież wszyscy wiedzą o twoim małym... problemie, jeżeli idzie o te
kwestie.
– Zejdź ze mnie natychmiast, albo
nie ręczę za siebie – powiedziała chłodno.
– Ja tylko prawdę mówię –
wzruszył ramionami i na twarz przywołał najbardziej niewinny wyraz, na jaki
było go stać. – A prawda wygląda tak, że sama z siebie się nie rozmnożysz. Nikt
też nigdy nie pozwoli ci wziąć cudzego dzieciaka, nie z twoją bogatą
przeszłością i cudowną reputacją. Powinnaś nam podziękować, bo to twoja jedna,
jedyna szansa, skarbeńku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz