wtorek, 25 grudnia 2012

Drabina z kości: Dzieciak (3)

"Drabina z kości - Dzieciak"

3. Szansa



– No ale – podjął temat Joker, nagle energiczny i ożywiony. – Owszem, Lex wpada i ze mną gada i to jest właśnie problem. Nawet nie wiem, czy jest całkiem martwy, czy trochę mniej...
– Jak można być trochę mniej martwym? – zapytała Ivy, marszcząc brwi.
– Nie wiem, zapytam, jak się następnym razem objawi.
– Co on, Jezus jakiś?
– Nie wiem – wzruszył ramionami i sprawiając wrażenie, jakby absolutnie się tym nie przejmował. – Ale biorąc pod uwagę ,co sądzi na swój temat, to może i owszem.
To, że Lex Luthor miał osobowość narcystyczną i był przekonany o własnej wielkości nie stanowiło nawet tajemnicy poliszynela. To był fakt powszechnie znany i uważany za coś równie normalnego, jak to, że człowiek wstaje rano i idzie do pracy. Albo to, że Superman potrafi latać. Nikt nie dumał nad tym, to po prostu był fakt.
– No i jak się pojawia, to się buja i gada, i gada, i gada – smęcił Joker. – I nie mogę go zastrzelić, ani nawet mu przyłożyć, żeby się zamknął, bo skurwiel jest niematerialny.
– Znaczy, z duchem gadasz upewniła się Pamela.
– No.
– To się nazywa omamy, któreś kolejne tabletki ci musiały zaszkodzić – skwitowała Pamela.
– Też tak myślałem. – Klaun wzruszył ramionami. – Pierwszy raz mnie zastał, jak śliniłem się do ściany w Arkham, bo jakiś pielęgniarz złapał fazę na bycie trigger-happy ze strzykawką i wbijał mi igły, gdzie popadnie. No to sobie z nim pogadałem i wszystko pięknie, ale jak mi chemia zeszła, to skubaniutki wrócił. Znaczy Lex, nie koleś od strzykawek. Ten raczej nie wróci.
– Mogło ci się tylko wydawać, że zeszła.
– Pam, skarbeńku, akurat ja wiem, kiedy jestem wcięty, a kiedy nie.
– Ty, to  jesteś wcięty cały czas, szkoda tylko, że nie ścięty na amen przewróciła oczyma. Gdyby cholerny klaun miał odporność na chemikalia taką, jaką powinien mieć przeciętny człowiek, to nie żyłby już od bardzo, bardzo dawna.
– Och, Pam, te urocze gry słów... gadałaś ty ostatnio z Riddlerem?
– Odczep się od tego, z kim ostatnio rozmawiałam – prychnęła. – I wytłumacz mi lepiej, co ja tu właściwie robię i dlaczego Harley mówiła coś o jakimś dziecku.
– A bo mamy jedno na stanie – wzruszył ramionami.
– Ty... – zmrużyła gniewnie oczy i ruszyła do przodu, żeby chwycić drania za fraki i obić mu mordę.
– Hej, Pam, wyluzuj! – powstrzymała ją Harley. – Nie nasze! Lexa!
– ...co?
– No, też byłam na początku tego zdania – Harley wzruszyła ramionami. – Jak mi pierożek wpadł i powiedział, że mamy zrobić sobie wycieczkę do jakiegoś tam laboratorium, bo martwy Luthor chce od niego, żeby wyciągnął stamtąd tego dzieciaka. No ale poszłam, bo może wtedy pierożek dałby luz z tym zwidem i wysadzilibyśmy coś w powietrze, no ale...
Przygryzła wargę, z odrobinę bezradną miną.
– Ale okazało się, że zwid nie wkręcał i naprawdę zgarnęliśmy dzieciaka!
– Czego mi nie mówisz? zapytała podejrzliwie Ivy.
– Była całkiem ładna grupa ludzi, która stwierdziła, że jednak nie powinniśmy go sobie brać? zachichotała nerwowo Harleen.
– Czyich? – zapytała krótko.
– A skąd mam to, do cholery, wiedzieć? – prychnął Joker. – Lex kolekcjonował wrogów jak znaczki pocztowe, zaczynając od Supermana! Ale skoro to dzieciak Lexa, to pewnie i tego harcerzyka w majtasach na spodniach.
– Czy ty mi właśnie powiedziałeś, że ktoś znowu próbował zrobić Superboya?
Suberboy był jedną z nielicznych osób, w sprawie których Pamela jednak nadstawiła karku w celu zdobycia konkretniejszych danych. Z biologicznego punktu widzenia kosmici nie byli w stanie mieć dzieci z ludźmi, nawet jeżeli fenotypowo sprawiali wrażenie bardzo podobnych. Genetycznie różnili się raczej konkretnie, więc największy superbohater Ameryki skazany był na los ostatniego przedstawiciela swojej rasy. Jednak w pewnej chwili, zupełnie znikąd, pojawił się Superboy. Podobieństwo i zdolności były na tyle podobne, że chłopaczka po prostu musiały łączyć więzy krwi z Supermanem. A skoro kosmita w jakiś sposób był w stanie uzyskać potomstwo…
Okazało się jednak, że nie było to naturalne poczęcie. O ile w ogóle można było poczęciem nazwać wyhodowanie organizmu w laboratorium, miksując w skomplikowany sposób materiał genetyczny kosmity i jakiegoś człowieka.
– I nawet zrobił – klaun przewrócił oczyma. – Gówniane laboratorium, jak się porówna z tym, co było pod ręką, kiedy robili tego boczącego się gnojka, musieli też dysponować resztkami, bo nie ukręcili smarkatemu łba, jak tylko zaczął się nie zgadzać kolorystycznie z Supermanem.
– Więc... – zaczęła powoli Pamela. – Ukradliście z tajnego laboratorium, należącego do jakiejś przestępczej lub rządowej grupy klona Supermana, bo duch Lexa Luthora wam kazał?
Znalezienie sensu w tym wszystkim było raczej trudne, a klaunia para wcale nie ułatwiała sprawy.
– Jemu  kazał – poprawiła szybko Harley. – Nadal jestem obrażona, że bardziej słucha Lexa.
– Bo on się nie zamyka, do diabła!
– A co ja mam do tego wszystkiego? – zapytała z ciężkim westchnieniem Poison Ivy, wiedząc z góry, jakiej odpowiedzi mogła się spodziewać.
Właściciele klona z całą pewnością wiedzieli, kto im go zaiwanił i gdzie mógł się czaić, więc – skoro Joker tak chętnie współpracował z Luthorowym duchem, że ratował jego potomstwo z probówki – para klaunów zdecydowanie nie mogła dzieciaka zatrzymać, nie wspominając o tym, że absolutnie nie nadawała się do trzymania w jej okolicy jakichkolwiek dzieci. O ile naprawdę dzieciak znajdował się chociaż w okolicy genów Lexa. Kto do diabła chciałby klonować multimiliarderów?
– Nie możemy podrzucić młodego Mercy i Hope – wyjaśnił Joker. – A Har, się okazało, nie ma zainstalowanego oprogramowania od dzieciaków, więc, droga Pam, tym razem będziesz podlewać coś trochę bardziej skomplikowanego od kwiatków.
– Dzieci się nie podlewa, idioto – syknęła, chociaż dobrze wiedziała, że to tylko żart był. – I skąd ta pewność, że ja się w ogóle zgodzę?
– Ależ Pamelo – zaśmiał się Joker. – Przecież wszyscy wiedzą o twoim małym... problemie, jeżeli idzie o te kwestie.
– Zejdź ze mnie natychmiast, albo nie ręczę za siebie – powiedziała chłodno.
– Ja tylko prawdę mówię – wzruszył ramionami i na twarz przywołał najbardziej niewinny wyraz, na jaki było go stać. – A prawda wygląda tak, że sama z siebie się nie rozmnożysz. Nikt też nigdy nie pozwoli ci wziąć cudzego dzieciaka, nie z twoją bogatą przeszłością i cudowną reputacją. Powinnaś nam podziękować, bo to twoja jedna, jedyna szansa, skarbeńku. 

niedziela, 23 grudnia 2012

Drabina z kości: Dzieciak (2)

"Drabina z kości - Dzieciak"

2. Poison Ivy


Poison Ivy wizji miała wiele, a każda jedna, jaka pojawiała się w jej umyśle, była straszniejsza od poprzedniej.
Dlatego, kiedy tylko w telefonie odezwał się głos Harley, która nieskładnie powiedziała coś o posiadaniu dziecka na stanie i problemach z tym związanymi, rzuciła wszystko, co akurat miała w rękach (a był to worek pieniędzy, gdyż akurat napadała na bank, tak w ramach rozrywki i odstresowania się) i pognała w stronę klauniej kryjówki.
Po drodze tylko zahaczyła o własne schronienie i wypchała swoją dużą, elegancką torebkę z ekologicznej skóry różnymi, niezbędnymi w spotkaniach z klaunami rzeczami. Wylądowało w niej kilka magazynków, pistolet do kompletu, ze dwa noże, trująca szminka – chociaż to raczej z przyzwyczajenia niż dla rzeczywistej potrzeby – i kilka innych gadżetów. Po chwili zastanowienia dopchała torebkę bandażami i gazą. Nie miała najmniejszego pojęcia, w co się pakuje, ale podejrzewała, że będzie to straszne.
Wróciła do miasta i machnęła ręką na pierwszą lepszą taksówkę, która zatrzymała się przy niej z piskiem opon. Kryminalistka, czy nie, mężczyźni zawsze byli chętni i gotowi, żeby spełniać jej zachcianki. A jak jeszcze zaserwowała im hipnotyzujacego buziaczka, to już w ogóle. A potem nawet o tym nie pamiętali, więc więcej mocy dla niej.
Poison Ivy przyjaźniła się z Harley Quinn długo, chociaż przyjaźń ta raz na jakiś czas ulegała zawieszeniu, ze względu na niezdrowy związek, w jakim Harleen trwała; jej fascynacja i psie oddanie Jokerowi spędzało Pameli Isely sen z powiek, a jeżeli tego nie robiło, to zwyczajnie frustrowało ja do absurdu.
Nazwanie relacji tej pary toksycznymi było kompletnym i absolutnym eufemizmem. A teraz, dnia dzisiejszego, przez telefon dowiedziała się, że w grę nagle zaczęło wchodzić jakieś dziecko.
O samą przyjaciółkę martwiła się nieustannie i próbowała ją z tego prywatnego piekiełka wyrwać, jednak bez skutku. Samo wyobrażenie sobie, że klaunów zrobiło się więcej mroziło jej krew w żyłach. Harleen była w końcu dorosłą kobietą i cierpiała z własnego wyboru. Dzieci wyboru nie miały… co mogło się stać, że Quinn zdecydowała się do niej zadzwonić prosząc o pomoc?
Z taksówki praktycznie wyskoczyła, cała w nerwach, bojąc się tego, co mogła zastać na miejscu i bojąc się jeszcze bardziej tego, co mogło się stać, jeżeli nie pojawi się wystarczająco szybko.
Klaunia kryjówka – nie ta oficjalna, w wesołym miasteczku, czy którejś kolejnej fabryce zabawek – była zadziwiająco normalnym miejscem. Mieszkanie numer trzynaście, na siódmym piętrze niczym nie wyróżniającego się apartamentowca, gdzie nikomu nie chciało się podciągać drabinek wyjścia przeciwpożarowego, można więc było niepostrzeżenie wleźć, gdzie się chciało po tych wąskich, żelaznych schodkach.  
Stukot obcasów odbijał się od nich głośno i metalicznie, kiedy wbiegała na właściwe piętro.
Wnętrze było nawet przestronne, zadziwiająco mało ciapate, jak na duet, który w nim zamieszkiwał. Prawdę mówiąc wręcz nudne i pozbawione jakiegokolwiek stylu; nudna tapeta na ścianach, mdłe, jasne meble bez jakichkolwiek ozdób na półkach, prosta sofa i dywanik z supermarketu przed nią.
Lokatorzy, znajdujący się na tle tej bylejakiej przestrzeni wyróżniali się tym bardziej.
– Cześć – uśmiechnęła się w bardzo zmęczony sposób Harley, otwierając przyjaciółce drzwi balkonowe. Kitki, w które wiązała włosy były nieporządne i roztrzepane, a wszystko jakby pokryte pyłem i zdecydowanie wymagające mycia,co sprawiało, że jej głowa wyglądała jak jeden wielki koszmar. Z makijażem nie było lepiej, rozmazał się koszmarnie i częściowo spłynął z czoła.
Joker siedział w głębi pokoju, na sofie, z łokciami opartymi na kolanach i brodą wspartą na złożonych dłoniach i poświęcał całą swoją uwagę gapieniu się w przestrzeń przed sobą, jakby próbował podpalić powietrze samym spojrzeniem. Również sprawiał wrażenie w jakiś sposób wymiętolonego. Garnitur miał zdecydowanie wymagający prasowania... prawdopodobnie też prania, koszula wyłaziła mu ze spodni. Zielone włosy sterczały, chociaż tutaj akurat nigdy nie potrafił powiedzieć, czy przypadkiem nie było to celowe; klaun jednego dnia chodził gładziutko uczesany, żeby następnego mieć na głowie coś, co wyglądało jak skrzyżowanie afro z żywopłotem.
Wspomnianego w telefonicznej rozmowie dzieciaka jednak nie zlokalizowała.
– Mogę wiedzieć, co się konkretnie stało? – zapytała chłodnym tonem Ivy, odgarniając swoje piękne, rude włosy na plecy i mierząc mężczyznę zimnym wzrokiem.
Reakcji się nie doczekała, powietrze okazało się bardziej interesującym zagadnieniem dla klauna.
– Całkiem sporo – westchnęła Harley.  – Zaczęło się od Lexa.
– Luthora? – zamrugała Pamela.
– Ano.
– Ale on nie żyje.
– Też tak twierdzę – skrzywiła się Harley. – Ale Joker twierdzi, że regularnie wpada pogadać i no... i stąd generalnie mamy problem.
– Kochanie, ty mu dorzucałaś coś do żarcia, czy sam z siebie zaczął mieć halucynacje?
– Niczego pierożkowi nie dorzucałam do żarcia! – Oburzyła się Harley. – Ja nawet gotować nie umiem!
– A to nie ma się czym chwalić – odezwał się główny zainteresowany i naczelny obiekt rozmowy. – A Lex nie umarł tak do końca, on tylko pokpił sprawę, bo zachciało mu się ratować świat.
Domniemany zgon Lexa Luthora był sprawą istotnie dziwną i zagmatwaną. Wiązał się z ostatnią inwazją obcych... to znaczy tych z planety Apokalips, w międzyczasie ktoś chyba znowu próbował urządzić jakąś imprezę z nuklearnymi fajerwerkami, ale Pamela nie przywiązywała do tego zbytniej uwagi, tak samo jak reszta zgromadzonych w mieszkaniu osób.
Razem z wrogo nastawionymi bestiami z ognistej planety przybył i sam Darkseid; byt, który niektórzy określali mianem boskim. Jego wzrok zabijał, czyny był szybsze niż myśl, potęga niewyobrażalna. A przynajmniej tak opisywano go w dostępnych materiałach. To znaczy tych, które dało się ukraść w miarę łatwo, Pamela jakoś nigdy nie czuła tego samego pociągu do nadstawiania karku, co przykładowa Catwoman.
Darkseid z jakiegoś powodu uparcie chciał zniszczyć ziemię, lub przynajmniej uczynić ją na podobieństwo swojej płonącej skały, więc dochodziło do regularnych starć z Ligą Sprawiedliwych.
Tym razem z jakiejś przyczyny Lex Luthor schował swoją dumę i kompleksy na punkcie małego penisa do kieszeni i walczył u boku Batmana i Supermana przeciwko semi–bogowi, co skończyło się dosyć... niejasno.
Lex najpierw zniknął, a potem pojawił się na nowo – w garniturze, żeby było śmieszniej, mimo że kilka chwil temu miał na sobie wojskowe spodnie i koszulę do kompletu, uzbrojony po zęby. Pojawił się i zaproponował Darkseidowi technologię, jaką ten śledził przez całe swoje życie, dla której obracał ładny kawał wszechświasta w popiół.
Semi–bóg naturalnie się zgodził i wyciągnął rękę po oferowany dar... a wszystko potem było światłem, hukiem i zaowocowało jednym, wielkim lejem głębokim na kilkanaście metrów w samym centrum Metropolis i tak już nieźle pokiereszowanego przez trwającą batalię.
Nie było ani śladu Lexa Luthora, jak i Darkseida. Zupełnie jakby rozpłynęli się w powietrzu.
Liga Sprawiedliwych przez dosyć długi czas dostawała kociokwiku. Ludzie Luthora upierali się, że wszystkie materiały, to jedna wielka manipulacja i fotomanipulacja mająca na celu obalenie molocha, jakim Lex władał. Sam miliarder podobno z przyczyn zdrowotnych udał się na wakacje i odciął od całego świata,  a działania firmy tymczasowo nadzorowała Mercy Graves.
Pamela uśmiechnęła się krzywo na tę myśl. Na miejscu tej babki też udawałaby, że szef wcale nie wącha kwiatków od spodu.
– To co? – zaczęła Pamela. – Chcecie powiedzieć, że Luthor jednak żyje, ale jedyną osobą ,z którą ma ochotę gadać jest ten tu?
Kciukiem wskazała na Jokera i skrzywiła się z niesmakiem. Jeżeli chodził o odczuwanie nienawiści względem kogokolwiek, to Ivy nienawidziła Jokera szczerze i namiętnie. Gdyby nie to, że zraniłaby ciężko Harley, odstrzeliłaby patałachowi łeb tu i teraz.
– Ja nadal twierdzę, że on jest martwy, poza tym, jakoś nie miałam przyjemności i z duchem – Harley wzruszyła ramionami. – Ale skoro pierożek twierdzi, że z nim gadał...
– Mówicie o mnie, jakbym był szalony.
– Słońce, ty jesteś szalony – prychnęła Ivy.
– Nawzajem – wyszczerzył się radośnie, po raz pierwszy, odkąd się tutaj pojawiła. – Wszyscy jesteśmy zjednoczeni w Arkham!
– Boże, miej nade mną litość – ekoterrorystka przewróciła oczyma.



piątek, 21 grudnia 2012

Drabina z kości: Dzieciak (1)


Storylinia: Post!1x25ep. "Young Justice", "Justice League" & "Justice League Unlimited". Akcja po 39 odcinku "JLU", pozostałe odcinki "Young Justice" zignorowane. Bohaterowie charakterologicznie odpowiadają tym z "Young Justice", pomijając tych, którzy się tam nie pojawili (ci bazowani na JLU) i Jokera (baza z "The Black Ring", aluzje do "The Killing Joke")
Wbrew pozorom to wcale nie jest takie skomplikowane. 


„Drabina z kości - Dzieciak"

1. Klaun nawiedzony




– Ty mi weź wyjaśnij, Harl, co ja tu właściwie robię – warknął Joker, kucając za wątpliwą osłoną, jaką oferował laboratoryjny stół. Miał wyjątkowo zirytowany wyraz twarzy i rewolwer w dłoni. W drugiej miał naboje, pełen krążek.
– Bo postanowiłeś zostać dziwką Lexa? – odpowiedziała ze swojego kąta, z filozoficznym spokojem i jakby rezygnacją. Stanowiło to niejakie wyzwanie, ze względu na warunki, w jakich się znajdowali.
Dookoła śmigały pociski, suchy trzask wystrzałów wypełniał powietrze, a od czasu do czasu to jest raz na około trzy sekundy towarzyszył mu dodatkowo jęk pękającego szkła, gdy jakiś zbłąkany pocisk tracił w okno bądź przeszklone drzwiczki jednej z szaf ze sprzętem laboratoryjnym. Ściany wokoło zostały już całkiem poważnie przeorane seriami z karabinów, więc wszędzie walały się odrobiny tynku, odłamki spękanych, ceramicznych kafelków beżowej barwy i inne śmieci, a w powietrzu unosił się pył, na podobieństwo gęstej, mlecznobiałej mgły. Kiedy przestawał się unosić, to osadzał się na wszystkim.
Miejsce wypełnione było naukowcami w białych kitlach, którzy aktualnie leżeli po kątach z radosnymi uśmiechami, wywołanymi przez zabójczy jokerowy gaz i mieli szczęście, jeżeli na dokładkę nie zostaną przerobieni na sito w trakcie trwania strzelaniny. Poza naukowcami i sprzętem naukowym, do budynku przynależała ładna grupa ludzi z bardzo dużą bronią, w bardzo dużych kamizelkach kuloodpornych i w maskach przeciwgazowych. Oddział w ciemnych fatałaszkach przez te maski (typu buldog) wyglądali, jakby urwali się z taniego filmu science-fiction. To właśnie oni strzelali.
– To nie moja wina, że on do mnie mówi! – obruszył się zbrodniczy klaun.
– Pierożku, on jest martwy – oznajmiła. Jednocześnie wychyliła się zza swojej osłony i oddała kilka strzałów z własnej broni. W przeciwieństwie do swojego szefa i kochanka, miała zwyczajnego Glocka, dwudziestkę dwójkę. Większy magazynek w sytuacjach takich jak ta wynagradzał brak jakiegoś tam stylu. Poza tym, stylu mieli pod dostatkiem. Ona miała na sobie uroczy, czerwonoczarny, obcisły kostium z karcianym motywem, makijaż mocny jak u gejszy i uroczą czapkę z dzwonkami, a Joker swoim zwyczajem prezentował się niewiarygodnie w fioletowym, wyprasowanym na kant garniturze o nieco staromodnym kroju. Zdaniem Harley zielona wstęga, jaką zawiązywał na kokardę pod szyją zamiast krawata doskonale komponowała się z jego ciemnozielonymi włosami i białą, białą cerą.
– Gadać mu to nie przeszkadza – stwierdził, nadal wściekły. – A za to ja nie mogę mu ukręcić łba za coś takiego, jak to teraz!
– To już nie moja wina – odparła. To przecież nie ona uparła się na odbycie małej wyprawy w podziemia bardzo tajnego laboratorium, w bardzo tajnym miejscu, które satelity chyba omijały szerokim łukiem, żeby przypadkiem nie strzelić fotki.
Joker od pomysłu odwieść się nie dał, bo podobno trup do niego przemawiał. Harley również próbowała przemawiać, w sposób naprawdę różny, ale Luthor, nawet wyimaginowany, z jakiegoś powodu zawsze miał więcej charyzmy niż ona. To było już trochę smutne.
Nie to, żeby ten zwid nie miał racji, co mieli znaleźć – znaleźli. Cały problem stanowiło wyjście z tego majdanu w jednym kawałku, z możliwie małą ilością dziur.
– Na trzy! – oznajmił Joker.
Skinęła głową, bo i tak nie miała nic lepszego do zrobienia. A Joker najprawdopodobniej zostawiłby ją, jakby przypadkiem wykazała się jakimś innym planem. Chociaż nie, tym razem nie, pomyślała chmurnie, patrząc na zdobycz, jaką z tej pułapki mieli wynieść.
Zdobycz tak na oko miała dwa lata i gapiła się przed siebie szklistym wzrokiem szarozielonych oczu, ignorując wszystko, co się dookoła działo. Gdyby nie to, że klatka piersiowa unosiła się raz na jakiś czas, Harley dałaby głowę, że wpadli tutaj po lalkę.
Schowała broń i przyciągnęła do siebie dzieciaka, mając nadzieję, że jakoś w trakcie brawurowej ucieczki pod ostrzałem nagle mu się nie odmieni i nie odpali syreny, ani nie zacznie się wyrywać. Nie miała najmniejszego pojęcia, jak w takiej sytuacji zdołałaby wynieść i jego i siebie w jednym kawałku. Joker nie byłby zadowolony, gdyby coś spieprzyła...
Ze względu na jakieś dzikie szczęście, które towarzyszyło szalonemu duetowi, zdołali wydostać się z pułapki, jaką stanowiły zakleszczone laboratoria i nawet zgubić pościg. Prawdopodobnie dlatego, że przed wejściem w głąb budynku najpierw zahaczyli o garaż i zdemolowali to i owo odrobinę bardzo. Nawet najlepszy wojskowy pojazd nie porusza się szczególnie dobrze z pociętymi oponami, wyrwanymi przewodami hamulcowymi i cukrem w silniku.
 Za to teraz siedzieli w Gotham, oboje nie do końca pewni, co dalej.  Milczeli do siebie czas jakiś, kurując się z zadyszki, jaką wywołał wariacki rajd w tę i nazad, siedząc obok siebie na miękkiej sofie w prosto urządzonym, przeciętnym salonie, wyglądając tak bardzo nie na miejscu, jak tylko para uzbrojonych klaunów mogła. Obrazu dopełniał odłączony od świata dzieciak, umieszczony na dywaniku, obok stołowej nogi, leżący jak kłoda i litościwie okryty kuchenną ściereczką.
– No... – powiedział Joker. – To chyba twoja działka nie?
– Skąd ten pomysł, pierożku? kobieta zamrugała zaskoczona.
– Jesteś kobietą, kobiety mają chyba opiekę nad dziećmi w pakiecie?
– Pierożku – westchnęła ciężko Harley. – Bardzo cię kocham, ale ja jestem psychiatrą, nie przedszkolanką. I nie mów mi, że też na "pe", wiec to samo.
– Czyli nie wiesz, co dalej?
– Nie wiem, co dalej – skinęła głową. – Martwy Lex wie?
– Jakoś nie objawił się jeszcze – skrzywił się klaun. – A pewnie by się wkurwił, jakbyśmy szczeniaka gdzieś zostawili. Chociaż podrzucenie go gackowi kusi...
– I wyszedłby z tego Robin sztuka piąta – kobieta przewróciła oczyma. – Odstawienie go do Metropolis chyba też nie bardzo wchodzi w grę, hm? Niby te dwie wredne powinny się łapać co i jak, jeżeli chodzi o Lexa i to, czego Lex chce, ale to jednocześnie byłoby pierwsze miejsce, gdzie by szczeniaka szukali...
– Przestań mówić z sensem, proszę – Joker roztarł sobie skronie.
Nie lubił, kiedy Harley zaczynała myśleć samodzielnie. Przeważnie prowadziło to do kłopotów, które nie były zabawne. Poza tym, po prostu… Harley nie służyła do myślenia. Do czego innego miałaby służyć, Joker co prawda nie wiedział, ale z całą pewnością nie było w tym używania mózgu.
Tym razem jednak miała rację.
Z matematyki  bardzo prosto wynikało, że dzieciak musiał zostać w Gotham, z dala od wszystkiego, z dala od jakiejkolwiek uwagi. A oni mieli ciężki orzech do zgryzienia, bo nikt nie dołączył do smarkatego instrukcji obsługi.
– Z nim przypadkiem coś nie jest nie halo? – zainteresował się, obserwując nieruchomą figurę. Jeżeli szło o zachowanie dzieciaka, to nic się nie zmieniło. Od bycia lalką nadal różniło go li tylko oddychanie.
– Nie mam pojęcia – Harley wzruszyła ramionami. – Ale na moje oko, to on po prostu nie ogarnia, wiesz, wyjęliśmy go z tubki.
– Ten no... Superboy jakoś takich problemów nie ma. Trochę pieprzy od rzeczy, ale reaguje i w ogóle.
– Jemu zdążyli wgrać wszystko, co niezbędne do łba – Harley wzruszyła ramionami. – Temu tutaj najwyraźniej jeszcze niczego takiego nie zafundowali. Hodowali sobie tylko, jak roślinkę.
– No to co teraz?
– Mam pewien pomysł... – zaczęła powoli, wiedząc jak bardzo, bardzo mu się to nie spodoba.
Nie spodobał się.