piątek, 21 grudnia 2012

Drabina z kości: Dzieciak (1)


Storylinia: Post!1x25ep. "Young Justice", "Justice League" & "Justice League Unlimited". Akcja po 39 odcinku "JLU", pozostałe odcinki "Young Justice" zignorowane. Bohaterowie charakterologicznie odpowiadają tym z "Young Justice", pomijając tych, którzy się tam nie pojawili (ci bazowani na JLU) i Jokera (baza z "The Black Ring", aluzje do "The Killing Joke")
Wbrew pozorom to wcale nie jest takie skomplikowane. 


„Drabina z kości - Dzieciak"

1. Klaun nawiedzony




– Ty mi weź wyjaśnij, Harl, co ja tu właściwie robię – warknął Joker, kucając za wątpliwą osłoną, jaką oferował laboratoryjny stół. Miał wyjątkowo zirytowany wyraz twarzy i rewolwer w dłoni. W drugiej miał naboje, pełen krążek.
– Bo postanowiłeś zostać dziwką Lexa? – odpowiedziała ze swojego kąta, z filozoficznym spokojem i jakby rezygnacją. Stanowiło to niejakie wyzwanie, ze względu na warunki, w jakich się znajdowali.
Dookoła śmigały pociski, suchy trzask wystrzałów wypełniał powietrze, a od czasu do czasu to jest raz na około trzy sekundy towarzyszył mu dodatkowo jęk pękającego szkła, gdy jakiś zbłąkany pocisk tracił w okno bądź przeszklone drzwiczki jednej z szaf ze sprzętem laboratoryjnym. Ściany wokoło zostały już całkiem poważnie przeorane seriami z karabinów, więc wszędzie walały się odrobiny tynku, odłamki spękanych, ceramicznych kafelków beżowej barwy i inne śmieci, a w powietrzu unosił się pył, na podobieństwo gęstej, mlecznobiałej mgły. Kiedy przestawał się unosić, to osadzał się na wszystkim.
Miejsce wypełnione było naukowcami w białych kitlach, którzy aktualnie leżeli po kątach z radosnymi uśmiechami, wywołanymi przez zabójczy jokerowy gaz i mieli szczęście, jeżeli na dokładkę nie zostaną przerobieni na sito w trakcie trwania strzelaniny. Poza naukowcami i sprzętem naukowym, do budynku przynależała ładna grupa ludzi z bardzo dużą bronią, w bardzo dużych kamizelkach kuloodpornych i w maskach przeciwgazowych. Oddział w ciemnych fatałaszkach przez te maski (typu buldog) wyglądali, jakby urwali się z taniego filmu science-fiction. To właśnie oni strzelali.
– To nie moja wina, że on do mnie mówi! – obruszył się zbrodniczy klaun.
– Pierożku, on jest martwy – oznajmiła. Jednocześnie wychyliła się zza swojej osłony i oddała kilka strzałów z własnej broni. W przeciwieństwie do swojego szefa i kochanka, miała zwyczajnego Glocka, dwudziestkę dwójkę. Większy magazynek w sytuacjach takich jak ta wynagradzał brak jakiegoś tam stylu. Poza tym, stylu mieli pod dostatkiem. Ona miała na sobie uroczy, czerwonoczarny, obcisły kostium z karcianym motywem, makijaż mocny jak u gejszy i uroczą czapkę z dzwonkami, a Joker swoim zwyczajem prezentował się niewiarygodnie w fioletowym, wyprasowanym na kant garniturze o nieco staromodnym kroju. Zdaniem Harley zielona wstęga, jaką zawiązywał na kokardę pod szyją zamiast krawata doskonale komponowała się z jego ciemnozielonymi włosami i białą, białą cerą.
– Gadać mu to nie przeszkadza – stwierdził, nadal wściekły. – A za to ja nie mogę mu ukręcić łba za coś takiego, jak to teraz!
– To już nie moja wina – odparła. To przecież nie ona uparła się na odbycie małej wyprawy w podziemia bardzo tajnego laboratorium, w bardzo tajnym miejscu, które satelity chyba omijały szerokim łukiem, żeby przypadkiem nie strzelić fotki.
Joker od pomysłu odwieść się nie dał, bo podobno trup do niego przemawiał. Harley również próbowała przemawiać, w sposób naprawdę różny, ale Luthor, nawet wyimaginowany, z jakiegoś powodu zawsze miał więcej charyzmy niż ona. To było już trochę smutne.
Nie to, żeby ten zwid nie miał racji, co mieli znaleźć – znaleźli. Cały problem stanowiło wyjście z tego majdanu w jednym kawałku, z możliwie małą ilością dziur.
– Na trzy! – oznajmił Joker.
Skinęła głową, bo i tak nie miała nic lepszego do zrobienia. A Joker najprawdopodobniej zostawiłby ją, jakby przypadkiem wykazała się jakimś innym planem. Chociaż nie, tym razem nie, pomyślała chmurnie, patrząc na zdobycz, jaką z tej pułapki mieli wynieść.
Zdobycz tak na oko miała dwa lata i gapiła się przed siebie szklistym wzrokiem szarozielonych oczu, ignorując wszystko, co się dookoła działo. Gdyby nie to, że klatka piersiowa unosiła się raz na jakiś czas, Harley dałaby głowę, że wpadli tutaj po lalkę.
Schowała broń i przyciągnęła do siebie dzieciaka, mając nadzieję, że jakoś w trakcie brawurowej ucieczki pod ostrzałem nagle mu się nie odmieni i nie odpali syreny, ani nie zacznie się wyrywać. Nie miała najmniejszego pojęcia, jak w takiej sytuacji zdołałaby wynieść i jego i siebie w jednym kawałku. Joker nie byłby zadowolony, gdyby coś spieprzyła...
Ze względu na jakieś dzikie szczęście, które towarzyszyło szalonemu duetowi, zdołali wydostać się z pułapki, jaką stanowiły zakleszczone laboratoria i nawet zgubić pościg. Prawdopodobnie dlatego, że przed wejściem w głąb budynku najpierw zahaczyli o garaż i zdemolowali to i owo odrobinę bardzo. Nawet najlepszy wojskowy pojazd nie porusza się szczególnie dobrze z pociętymi oponami, wyrwanymi przewodami hamulcowymi i cukrem w silniku.
 Za to teraz siedzieli w Gotham, oboje nie do końca pewni, co dalej.  Milczeli do siebie czas jakiś, kurując się z zadyszki, jaką wywołał wariacki rajd w tę i nazad, siedząc obok siebie na miękkiej sofie w prosto urządzonym, przeciętnym salonie, wyglądając tak bardzo nie na miejscu, jak tylko para uzbrojonych klaunów mogła. Obrazu dopełniał odłączony od świata dzieciak, umieszczony na dywaniku, obok stołowej nogi, leżący jak kłoda i litościwie okryty kuchenną ściereczką.
– No... – powiedział Joker. – To chyba twoja działka nie?
– Skąd ten pomysł, pierożku? kobieta zamrugała zaskoczona.
– Jesteś kobietą, kobiety mają chyba opiekę nad dziećmi w pakiecie?
– Pierożku – westchnęła ciężko Harley. – Bardzo cię kocham, ale ja jestem psychiatrą, nie przedszkolanką. I nie mów mi, że też na "pe", wiec to samo.
– Czyli nie wiesz, co dalej?
– Nie wiem, co dalej – skinęła głową. – Martwy Lex wie?
– Jakoś nie objawił się jeszcze – skrzywił się klaun. – A pewnie by się wkurwił, jakbyśmy szczeniaka gdzieś zostawili. Chociaż podrzucenie go gackowi kusi...
– I wyszedłby z tego Robin sztuka piąta – kobieta przewróciła oczyma. – Odstawienie go do Metropolis chyba też nie bardzo wchodzi w grę, hm? Niby te dwie wredne powinny się łapać co i jak, jeżeli chodzi o Lexa i to, czego Lex chce, ale to jednocześnie byłoby pierwsze miejsce, gdzie by szczeniaka szukali...
– Przestań mówić z sensem, proszę – Joker roztarł sobie skronie.
Nie lubił, kiedy Harley zaczynała myśleć samodzielnie. Przeważnie prowadziło to do kłopotów, które nie były zabawne. Poza tym, po prostu… Harley nie służyła do myślenia. Do czego innego miałaby służyć, Joker co prawda nie wiedział, ale z całą pewnością nie było w tym używania mózgu.
Tym razem jednak miała rację.
Z matematyki  bardzo prosto wynikało, że dzieciak musiał zostać w Gotham, z dala od wszystkiego, z dala od jakiejkolwiek uwagi. A oni mieli ciężki orzech do zgryzienia, bo nikt nie dołączył do smarkatego instrukcji obsługi.
– Z nim przypadkiem coś nie jest nie halo? – zainteresował się, obserwując nieruchomą figurę. Jeżeli szło o zachowanie dzieciaka, to nic się nie zmieniło. Od bycia lalką nadal różniło go li tylko oddychanie.
– Nie mam pojęcia – Harley wzruszyła ramionami. – Ale na moje oko, to on po prostu nie ogarnia, wiesz, wyjęliśmy go z tubki.
– Ten no... Superboy jakoś takich problemów nie ma. Trochę pieprzy od rzeczy, ale reaguje i w ogóle.
– Jemu zdążyli wgrać wszystko, co niezbędne do łba – Harley wzruszyła ramionami. – Temu tutaj najwyraźniej jeszcze niczego takiego nie zafundowali. Hodowali sobie tylko, jak roślinkę.
– No to co teraz?
– Mam pewien pomysł... – zaczęła powoli, wiedząc jak bardzo, bardzo mu się to nie spodoba.
Nie spodobał się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz