niedziela, 23 grudnia 2012

Drabina z kości: Dzieciak (2)

"Drabina z kości - Dzieciak"

2. Poison Ivy


Poison Ivy wizji miała wiele, a każda jedna, jaka pojawiała się w jej umyśle, była straszniejsza od poprzedniej.
Dlatego, kiedy tylko w telefonie odezwał się głos Harley, która nieskładnie powiedziała coś o posiadaniu dziecka na stanie i problemach z tym związanymi, rzuciła wszystko, co akurat miała w rękach (a był to worek pieniędzy, gdyż akurat napadała na bank, tak w ramach rozrywki i odstresowania się) i pognała w stronę klauniej kryjówki.
Po drodze tylko zahaczyła o własne schronienie i wypchała swoją dużą, elegancką torebkę z ekologicznej skóry różnymi, niezbędnymi w spotkaniach z klaunami rzeczami. Wylądowało w niej kilka magazynków, pistolet do kompletu, ze dwa noże, trująca szminka – chociaż to raczej z przyzwyczajenia niż dla rzeczywistej potrzeby – i kilka innych gadżetów. Po chwili zastanowienia dopchała torebkę bandażami i gazą. Nie miała najmniejszego pojęcia, w co się pakuje, ale podejrzewała, że będzie to straszne.
Wróciła do miasta i machnęła ręką na pierwszą lepszą taksówkę, która zatrzymała się przy niej z piskiem opon. Kryminalistka, czy nie, mężczyźni zawsze byli chętni i gotowi, żeby spełniać jej zachcianki. A jak jeszcze zaserwowała im hipnotyzujacego buziaczka, to już w ogóle. A potem nawet o tym nie pamiętali, więc więcej mocy dla niej.
Poison Ivy przyjaźniła się z Harley Quinn długo, chociaż przyjaźń ta raz na jakiś czas ulegała zawieszeniu, ze względu na niezdrowy związek, w jakim Harleen trwała; jej fascynacja i psie oddanie Jokerowi spędzało Pameli Isely sen z powiek, a jeżeli tego nie robiło, to zwyczajnie frustrowało ja do absurdu.
Nazwanie relacji tej pary toksycznymi było kompletnym i absolutnym eufemizmem. A teraz, dnia dzisiejszego, przez telefon dowiedziała się, że w grę nagle zaczęło wchodzić jakieś dziecko.
O samą przyjaciółkę martwiła się nieustannie i próbowała ją z tego prywatnego piekiełka wyrwać, jednak bez skutku. Samo wyobrażenie sobie, że klaunów zrobiło się więcej mroziło jej krew w żyłach. Harleen była w końcu dorosłą kobietą i cierpiała z własnego wyboru. Dzieci wyboru nie miały… co mogło się stać, że Quinn zdecydowała się do niej zadzwonić prosząc o pomoc?
Z taksówki praktycznie wyskoczyła, cała w nerwach, bojąc się tego, co mogła zastać na miejscu i bojąc się jeszcze bardziej tego, co mogło się stać, jeżeli nie pojawi się wystarczająco szybko.
Klaunia kryjówka – nie ta oficjalna, w wesołym miasteczku, czy którejś kolejnej fabryce zabawek – była zadziwiająco normalnym miejscem. Mieszkanie numer trzynaście, na siódmym piętrze niczym nie wyróżniającego się apartamentowca, gdzie nikomu nie chciało się podciągać drabinek wyjścia przeciwpożarowego, można więc było niepostrzeżenie wleźć, gdzie się chciało po tych wąskich, żelaznych schodkach.  
Stukot obcasów odbijał się od nich głośno i metalicznie, kiedy wbiegała na właściwe piętro.
Wnętrze było nawet przestronne, zadziwiająco mało ciapate, jak na duet, który w nim zamieszkiwał. Prawdę mówiąc wręcz nudne i pozbawione jakiegokolwiek stylu; nudna tapeta na ścianach, mdłe, jasne meble bez jakichkolwiek ozdób na półkach, prosta sofa i dywanik z supermarketu przed nią.
Lokatorzy, znajdujący się na tle tej bylejakiej przestrzeni wyróżniali się tym bardziej.
– Cześć – uśmiechnęła się w bardzo zmęczony sposób Harley, otwierając przyjaciółce drzwi balkonowe. Kitki, w które wiązała włosy były nieporządne i roztrzepane, a wszystko jakby pokryte pyłem i zdecydowanie wymagające mycia,co sprawiało, że jej głowa wyglądała jak jeden wielki koszmar. Z makijażem nie było lepiej, rozmazał się koszmarnie i częściowo spłynął z czoła.
Joker siedział w głębi pokoju, na sofie, z łokciami opartymi na kolanach i brodą wspartą na złożonych dłoniach i poświęcał całą swoją uwagę gapieniu się w przestrzeń przed sobą, jakby próbował podpalić powietrze samym spojrzeniem. Również sprawiał wrażenie w jakiś sposób wymiętolonego. Garnitur miał zdecydowanie wymagający prasowania... prawdopodobnie też prania, koszula wyłaziła mu ze spodni. Zielone włosy sterczały, chociaż tutaj akurat nigdy nie potrafił powiedzieć, czy przypadkiem nie było to celowe; klaun jednego dnia chodził gładziutko uczesany, żeby następnego mieć na głowie coś, co wyglądało jak skrzyżowanie afro z żywopłotem.
Wspomnianego w telefonicznej rozmowie dzieciaka jednak nie zlokalizowała.
– Mogę wiedzieć, co się konkretnie stało? – zapytała chłodnym tonem Ivy, odgarniając swoje piękne, rude włosy na plecy i mierząc mężczyznę zimnym wzrokiem.
Reakcji się nie doczekała, powietrze okazało się bardziej interesującym zagadnieniem dla klauna.
– Całkiem sporo – westchnęła Harley.  – Zaczęło się od Lexa.
– Luthora? – zamrugała Pamela.
– Ano.
– Ale on nie żyje.
– Też tak twierdzę – skrzywiła się Harley. – Ale Joker twierdzi, że regularnie wpada pogadać i no... i stąd generalnie mamy problem.
– Kochanie, ty mu dorzucałaś coś do żarcia, czy sam z siebie zaczął mieć halucynacje?
– Niczego pierożkowi nie dorzucałam do żarcia! – Oburzyła się Harley. – Ja nawet gotować nie umiem!
– A to nie ma się czym chwalić – odezwał się główny zainteresowany i naczelny obiekt rozmowy. – A Lex nie umarł tak do końca, on tylko pokpił sprawę, bo zachciało mu się ratować świat.
Domniemany zgon Lexa Luthora był sprawą istotnie dziwną i zagmatwaną. Wiązał się z ostatnią inwazją obcych... to znaczy tych z planety Apokalips, w międzyczasie ktoś chyba znowu próbował urządzić jakąś imprezę z nuklearnymi fajerwerkami, ale Pamela nie przywiązywała do tego zbytniej uwagi, tak samo jak reszta zgromadzonych w mieszkaniu osób.
Razem z wrogo nastawionymi bestiami z ognistej planety przybył i sam Darkseid; byt, który niektórzy określali mianem boskim. Jego wzrok zabijał, czyny był szybsze niż myśl, potęga niewyobrażalna. A przynajmniej tak opisywano go w dostępnych materiałach. To znaczy tych, które dało się ukraść w miarę łatwo, Pamela jakoś nigdy nie czuła tego samego pociągu do nadstawiania karku, co przykładowa Catwoman.
Darkseid z jakiegoś powodu uparcie chciał zniszczyć ziemię, lub przynajmniej uczynić ją na podobieństwo swojej płonącej skały, więc dochodziło do regularnych starć z Ligą Sprawiedliwych.
Tym razem z jakiejś przyczyny Lex Luthor schował swoją dumę i kompleksy na punkcie małego penisa do kieszeni i walczył u boku Batmana i Supermana przeciwko semi–bogowi, co skończyło się dosyć... niejasno.
Lex najpierw zniknął, a potem pojawił się na nowo – w garniturze, żeby było śmieszniej, mimo że kilka chwil temu miał na sobie wojskowe spodnie i koszulę do kompletu, uzbrojony po zęby. Pojawił się i zaproponował Darkseidowi technologię, jaką ten śledził przez całe swoje życie, dla której obracał ładny kawał wszechświasta w popiół.
Semi–bóg naturalnie się zgodził i wyciągnął rękę po oferowany dar... a wszystko potem było światłem, hukiem i zaowocowało jednym, wielkim lejem głębokim na kilkanaście metrów w samym centrum Metropolis i tak już nieźle pokiereszowanego przez trwającą batalię.
Nie było ani śladu Lexa Luthora, jak i Darkseida. Zupełnie jakby rozpłynęli się w powietrzu.
Liga Sprawiedliwych przez dosyć długi czas dostawała kociokwiku. Ludzie Luthora upierali się, że wszystkie materiały, to jedna wielka manipulacja i fotomanipulacja mająca na celu obalenie molocha, jakim Lex władał. Sam miliarder podobno z przyczyn zdrowotnych udał się na wakacje i odciął od całego świata,  a działania firmy tymczasowo nadzorowała Mercy Graves.
Pamela uśmiechnęła się krzywo na tę myśl. Na miejscu tej babki też udawałaby, że szef wcale nie wącha kwiatków od spodu.
– To co? – zaczęła Pamela. – Chcecie powiedzieć, że Luthor jednak żyje, ale jedyną osobą ,z którą ma ochotę gadać jest ten tu?
Kciukiem wskazała na Jokera i skrzywiła się z niesmakiem. Jeżeli chodził o odczuwanie nienawiści względem kogokolwiek, to Ivy nienawidziła Jokera szczerze i namiętnie. Gdyby nie to, że zraniłaby ciężko Harley, odstrzeliłaby patałachowi łeb tu i teraz.
– Ja nadal twierdzę, że on jest martwy, poza tym, jakoś nie miałam przyjemności i z duchem – Harley wzruszyła ramionami. – Ale skoro pierożek twierdzi, że z nim gadał...
– Mówicie o mnie, jakbym był szalony.
– Słońce, ty jesteś szalony – prychnęła Ivy.
– Nawzajem – wyszczerzył się radośnie, po raz pierwszy, odkąd się tutaj pojawiła. – Wszyscy jesteśmy zjednoczeni w Arkham!
– Boże, miej nade mną litość – ekoterrorystka przewróciła oczyma.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz