"Drabina z kości - Dzieciak"
2. Poison Ivy
Poison Ivy wizji miała wiele, a
każda jedna, jaka pojawiała się w jej umyśle, była straszniejsza od poprzedniej.
Dlatego, kiedy tylko w telefonie
odezwał się głos Harley, która nieskładnie powiedziała coś o posiadaniu dziecka
na stanie i problemach z tym związanymi, rzuciła wszystko, co akurat miała w
rękach (a był to worek pieniędzy, gdyż akurat napadała na bank, tak w ramach
rozrywki i odstresowania się) i pognała w stronę klauniej kryjówki.
Po drodze tylko zahaczyła o własne
schronienie i wypchała swoją dużą, elegancką torebkę z ekologicznej skóry
różnymi, niezbędnymi w spotkaniach z klaunami rzeczami. Wylądowało w niej kilka
magazynków, pistolet do kompletu, ze dwa noże, trująca szminka – chociaż to
raczej z przyzwyczajenia niż dla rzeczywistej potrzeby – i kilka innych
gadżetów. Po chwili zastanowienia dopchała torebkę bandażami i gazą. Nie miała
najmniejszego pojęcia, w co się pakuje, ale podejrzewała, że będzie to
straszne.
Wróciła do miasta i machnęła ręką
na pierwszą lepszą taksówkę, która zatrzymała się przy niej z piskiem opon.
Kryminalistka, czy nie, mężczyźni zawsze byli chętni i gotowi, żeby spełniać
jej zachcianki. A jak jeszcze zaserwowała im hipnotyzujacego buziaczka, to już
w ogóle. A potem nawet o tym nie pamiętali, więc więcej mocy dla niej.
Poison Ivy przyjaźniła się z
Harley Quinn długo, chociaż przyjaźń ta raz na jakiś czas ulegała zawieszeniu,
ze względu na niezdrowy związek, w jakim Harleen trwała; jej fascynacja i psie
oddanie Jokerowi spędzało Pameli Isely sen z powiek, a jeżeli tego nie robiło,
to zwyczajnie frustrowało ja do absurdu.
Nazwanie relacji tej pary
toksycznymi było kompletnym i absolutnym eufemizmem. A teraz, dnia
dzisiejszego, przez telefon dowiedziała się, że w grę nagle zaczęło wchodzić
jakieś dziecko.
O samą przyjaciółkę martwiła się
nieustannie i próbowała ją z tego prywatnego piekiełka wyrwać, jednak bez
skutku. Samo wyobrażenie sobie, że klaunów zrobiło się więcej mroziło jej krew
w żyłach. Harleen była w końcu dorosłą kobietą i cierpiała z własnego wyboru.
Dzieci wyboru nie miały… co mogło się stać, że Quinn zdecydowała się do niej
zadzwonić prosząc o pomoc?
Z taksówki praktycznie
wyskoczyła, cała w nerwach, bojąc się tego, co mogła zastać na miejscu i bojąc
się jeszcze bardziej tego, co mogło się stać, jeżeli nie pojawi się
wystarczająco szybko.
Klaunia kryjówka – nie ta
oficjalna, w wesołym miasteczku, czy którejś kolejnej fabryce zabawek – była
zadziwiająco normalnym miejscem. Mieszkanie numer trzynaście, na siódmym
piętrze niczym nie wyróżniającego się apartamentowca, gdzie nikomu nie chciało
się podciągać drabinek wyjścia przeciwpożarowego, można więc było
niepostrzeżenie wleźć, gdzie się chciało po tych wąskich, żelaznych schodkach.
Stukot obcasów odbijał się od
nich głośno i metalicznie, kiedy wbiegała na właściwe piętro.
Wnętrze było nawet przestronne,
zadziwiająco mało ciapate, jak na duet, który w nim zamieszkiwał. Prawdę mówiąc
wręcz nudne i pozbawione jakiegokolwiek stylu; nudna tapeta na ścianach, mdłe,
jasne meble bez jakichkolwiek ozdób na półkach, prosta sofa i dywanik z
supermarketu przed nią.
Lokatorzy, znajdujący się na tle
tej byle–jakiej przestrzeni wyróżniali się tym
bardziej.
– Cześć – uśmiechnęła się w
bardzo zmęczony sposób Harley, otwierając przyjaciółce drzwi balkonowe. Kitki,
w które wiązała włosy były nieporządne i roztrzepane, a wszystko jakby pokryte
pyłem i zdecydowanie wymagające mycia,co sprawiało, że jej głowa wyglądała jak jeden
wielki koszmar. Z makijażem nie było lepiej, rozmazał się koszmarnie i
częściowo spłynął z czoła.
Joker siedział w głębi pokoju, na
sofie, z łokciami opartymi na kolanach i brodą wspartą na złożonych dłoniach i
poświęcał całą swoją uwagę gapieniu się w przestrzeń przed sobą, jakby próbował
podpalić powietrze samym spojrzeniem. Również sprawiał wrażenie w jakiś sposób
wymiętolonego. Garnitur miał zdecydowanie wymagający prasowania...
prawdopodobnie też prania, koszula wyłaziła mu ze spodni. Zielone włosy
sterczały, chociaż tutaj akurat nigdy nie potrafił powiedzieć, czy przypadkiem
nie było to celowe; klaun jednego dnia chodził gładziutko uczesany, żeby
następnego mieć na głowie coś, co wyglądało jak skrzyżowanie afro z żywopłotem.
Wspomnianego w telefonicznej
rozmowie dzieciaka jednak nie zlokalizowała.
– Mogę wiedzieć, co się
konkretnie stało? – zapytała chłodnym tonem Ivy, odgarniając swoje piękne, rude
włosy na plecy i mierząc mężczyznę zimnym wzrokiem.
Reakcji się nie doczekała,
powietrze okazało się bardziej interesującym zagadnieniem dla klauna.
– Całkiem sporo – westchnęła
Harley. – Zaczęło się od Lexa.
– Luthora? – zamrugała Pamela.
– Ano.
– Ale on nie żyje.
– Też tak twierdzę – skrzywiła
się Harley. – Ale Joker twierdzi, że regularnie wpada pogadać i no... i stąd generalnie
mamy problem.
– Kochanie, ty mu dorzucałaś coś
do żarcia, czy sam z siebie zaczął mieć halucynacje?
– Niczego pierożkowi nie dorzucałam
do żarcia! – Oburzyła się Harley. – Ja nawet gotować nie umiem!
– A to nie ma się czym chwalić –
odezwał się główny zainteresowany i naczelny obiekt rozmowy. – A Lex nie umarł
tak do końca, on tylko pokpił sprawę, bo zachciało mu się ratować świat.
Domniemany zgon Lexa Luthora był
sprawą istotnie dziwną i zagmatwaną. Wiązał się z ostatnią inwazją obcych... to
znaczy tych z planety Apokalips, w międzyczasie ktoś chyba znowu próbował
urządzić jakąś imprezę z nuklearnymi fajerwerkami, ale Pamela nie przywiązywała
do tego zbytniej uwagi, tak samo jak reszta zgromadzonych w mieszkaniu osób.
Razem z wrogo nastawionymi bestiami
z ognistej planety przybył i sam Darkseid; byt, który niektórzy określali
mianem boskim. Jego wzrok zabijał, czyny był szybsze niż myśl, potęga
niewyobrażalna. A przynajmniej tak opisywano go w dostępnych materiałach. To
znaczy tych, które dało się ukraść w miarę łatwo, Pamela jakoś nigdy nie czuła
tego samego pociągu do nadstawiania karku, co przykładowa Catwoman.
Darkseid z jakiegoś powodu
uparcie chciał zniszczyć ziemię, lub przynajmniej uczynić ją na podobieństwo
swojej płonącej skały, więc dochodziło do regularnych starć z Ligą
Sprawiedliwych.
Tym razem z jakiejś przyczyny Lex
Luthor schował swoją dumę i kompleksy na punkcie małego penisa do kieszeni i
walczył u boku Batmana i Supermana przeciwko semi–bogowi, co skończyło się
dosyć... niejasno.
Lex najpierw zniknął, a potem
pojawił się na nowo – w garniturze, żeby było śmieszniej, mimo że kilka chwil
temu miał na sobie wojskowe spodnie i koszulę do kompletu, uzbrojony po zęby.
Pojawił się i zaproponował Darkseidowi technologię, jaką ten śledził przez całe
swoje życie, dla której obracał ładny kawał wszechświasta w popiół.
Semi–bóg naturalnie się zgodził i
wyciągnął rękę po oferowany dar... a wszystko potem było światłem, hukiem i
zaowocowało jednym, wielkim lejem głębokim na kilkanaście metrów w samym
centrum Metropolis i tak już nieźle pokiereszowanego przez trwającą batalię.
Nie było ani śladu Lexa Luthora,
jak i Darkseida. Zupełnie jakby rozpłynęli się w powietrzu.
Liga Sprawiedliwych przez dosyć
długi czas dostawała kociokwiku. Ludzie Luthora upierali się, że wszystkie
materiały, to jedna wielka manipulacja i fotomanipulacja mająca na celu
obalenie molocha, jakim Lex władał. Sam miliarder podobno z przyczyn
zdrowotnych udał się na wakacje i odciął od całego świata, a działania firmy tymczasowo nadzorowała
Mercy Graves.
Pamela uśmiechnęła się krzywo na
tę myśl. Na miejscu tej babki też udawałaby, że szef wcale nie wącha kwiatków
od spodu.
– To co? – zaczęła Pamela. –
Chcecie powiedzieć, że Luthor jednak żyje, ale jedyną osobą ,z którą ma ochotę
gadać jest ten tu?
Kciukiem wskazała na Jokera i
skrzywiła się z niesmakiem. Jeżeli chodził o odczuwanie nienawiści względem
kogokolwiek, to Ivy nienawidziła Jokera szczerze i namiętnie. Gdyby nie to, że
zraniłaby ciężko Harley, odstrzeliłaby patałachowi łeb tu i teraz.
– Ja nadal twierdzę, że on jest
martwy, poza tym, jakoś nie miałam przyjemności i z duchem – Harley wzruszyła
ramionami. – Ale skoro pierożek twierdzi, że z nim gadał...
– Mówicie o mnie, jakbym był szalony.
– Słońce, ty jesteś szalony –
prychnęła Ivy.
– Nawzajem – wyszczerzył się radośnie,
po raz pierwszy, odkąd się tutaj pojawiła. – Wszyscy jesteśmy zjednoczeni w
Arkham!
– Boże, miej nade mną litość –
ekoterrorystka przewróciła oczyma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz